Kiedy wyszłam z łona, moi rodzice nazwali mnie Nastya, nawet nie wiem dlaczego, a moją siostrę, która urodziła się 15 min później nazwali Yulya.
Nie wiem jako rozróżniali nas, ponieważ mieli z tym problem przez długi czas. Dzięki naszemu tacie, który grał na saksofonie, wychowałyśmy się w atmosferze muzyki i sztuki.
Różni artyści, muzycy, i inni kreatywni ludzie często gościli w naszym domu, dzięki czemu byłyśmy częścią tych kreatywnych poszukiwań, improwizacji, artystycznej awangardy.
Skrzypce byłym moim pierwszym instrumentem, ale wchodząc pod moje bezradne palce wydawały okropne dźwięki.
Więc całą ta ciężka praca nie zainspirowała mnie do gry na skrzypcach (chociaż mówiąc to w sekrecie, w moich snach gram na najbardziej intymnych strunach mej duszy ... )
I wtedy zafascynowałam się fletem. Usiadłam w miękkim fotelu w filharmonii, i te niezwykłe dźwięki wraz z innymi dźwiękami granymi przez orkiestrę odebrały mi oddech, otworzyły mi szeroko oczy (i chyba usta też). Nagle ktoś szepnął do mego ucha:
- Który instrument najbardziej ci się podoba? Bez odwracania głowy odpowiedziałam:
- Flet - mimo, że nigdy go nie słyszałam.
- Chcesz nauczyć się jak grać? - zapytał Głos.
- Tak - przytaknęłam, głową, bojąc się że ta bajka się zakończy jeśli wstanę z fotela.
Tak więc nie rozstawałam się z instrumentem przez ponad 6 lat, stał się on częścią mojego ciała i częścią moje duszy.
Dlatego po ukończeniu szkoły muzycznej, dwóch latach tourne po Ukrainie i zagranicy, czułam, że już czas wyfrunąć z domowego gniazda, rozwinąć skrzydła i wzbić się do nieba, gdzie mogłabym się zrealizować i wyrazić, gdzie muzyka jest nie tylko sposobem na poprawę siebie, ale również samorealizację.